„Czy chcesz pojechać naszym MINI na Zlot MINIaków połączony z  Track Day’em?” – zapytał konkretnie człowiek z Bawaria Motors? ”No jasne!” – odparłem bez zastanowienia. Jeździłem już kilka razy MINIakami i za każdym razem cieszyła mi się gęba. Nie mówię już nawet o najmocniejszych wersjach John Cooper Works, którymi mogłem polatać po torze w Bednarach. Przyjemność z codziennej jazdy dawał nawet zwykły One Diesel, którym pojeździłem przez kilka dni. MINI ma swój niepowtarzalny styl, jest modne, rozpieszcza wnętrzem, a w topowych wersjach oferuje świetne osiągi. Cechą wspólną dla wszystkich MINIaków, którymi jeździłem, jest frajda z jazdy i co najważniejsze integracja kierowcy z samochodem. Właśnie to cenię w nich najbardziej. Nad czym tu się więc zastanawiać? Jadę.

Tym razem w moje ręce wpadł Cooper S i to w nietypowej wersji Seven. Samochód tak uroczy, że bałem się go pokazywać mojej wspaniałej asystentce pod groźbą wrogiego przejęcia. Siódemka to nic innego jak retro pakiet stylistyczny, który pozwoli Ci jeszcze bardziej wyróżnić się w tłumie. Z zewnątrz poznasz ją po charakterystycznych barwach ( 4 do wyboru), kontrastujących pasach na masce, lusterkach i dachu w kolorze Liquid Silver. Wyjątkowe dla tego modelu są również 17 calowe, sześcioszprychowe koła. Jeżeli to nie pomoże Ci w rozpoznaniu siódemki, to nie będziesz mieć już wątpliwości, gdy rzucisz okiem na błotniki, progi i konsolę centralną, gdzie znajduje się bezpośredni komunikat o treści „Seven”. I na tym koniec.

A co w środku? W środku MINIak rozpieszcza. Znajdziesz tu wyjątkowy, nowoczesny design, fantastycznej jakości materiały, fotele wykonane z miękkiej w dotyku skóry i małą, przepiękną kierownicę, którą ktoś sprytnie zintegrował z zegarami. Wnętrze MINI jest na tyle udane, że nie chce się z niego wysiadać. Czuć, że pracowali nad nim ludzie, którzy nie zadowalali się byle czym. Z drugiej strony siedzę w małym aucie wartym wg cennika ponad 160 000 zł. Coś za coś. Luksus ma swoją cenę.

A pod spodem? Seven pod skórą to po prostu trzydrzwiowy Cooper S z mocnym, 2 litrowym, 4 cylindrowym, uturbionym motorem o mocy 192hp i napędem na przednią oś. To wystarcza, żeby rozpędzić go w 6,7s do setki i osiągnąć 240 km/h. Można uczciwie rzec, że to dynamiczny wóz. Wrażenie prędkości potęguje dodatkowo wąska przednia szyba i kompaktowe wnętrze, przez co MINI wydaje się paradoksalnie jeszcze szybsze.

Pod wieczór wyruszam do Prószkowa oddalonego o około 30km od Toru Silesia. Dystans z Warszawy wynosi 350km, a to oznacza doskonałą okazję, żeby sprawdzić MINIaka nie tylko na torze, ale i na autostradzie oraz malowniczych drogach międzymiastowych. Seven na Autobahnie spisuje się bardzo dobrze. Fotel z białej skóry jest nad wyraz wygodny, Harman gra zacnie, podróż kompletnie nie męczy, a samochód przy dynamicznej jeździe zadowala się 8 litrami paliwa na 100 kilometrów (Green Mode). Jest przyjemnie, ale  to jednak zaraz po zjeździe z autostrady MINIak każdym kawałkiem swojej konstrukcji pieje z radości. Przełączam na Sport Mode. Samochód odpowiada szybciutko na każdy ruch kierownicą. Zawieszenie spisuje się świetnie, a dobre przyspieszenie przy wyprzedzeniu daje duży komfort psychiczny. Kręte drogi międzymiastowe okazują się być idealnym miejscem dla tego małego wariata. Na tego typu odcinkach nie przeszkadza nawet automatyczna skrzynia biegów, której w tym przypadku nie możesz obsługiwać za pomocą łopatek. Na szczęście możesz posiłkować się trybem sekwencyjnym czyli wachlować ręcznie +/- angażując się bardziej w jazdę. Na miejsce dojeżdżam późnym wieczorem. Kilka godzin snu i migusiem na tor.

Ruszam z samego rana. Na Silesia Ring czeka mnie 30km wąskich, dość krętych, lekko pagórkowatych dróg. Jest w miarę ciepło, ale nie gorąco, a przez chmury przebijają się pierwsze promienie słońca. Zapowiada się ładny dzień. Na miejscu witają mnie przedstawiciele MINI Bawaria Motors z Warszawy, Janek i Katowic, którzy nie przyjechali jedynie pilnować spraw i doglądać imprezy.  Za około godzinę będą, tak jak ja, walczyć z czasem za kierownicą. Kawałek dalej spotykam prywatnych właścicieli MINI w tym kumpli, z którymi zdarzyło mi się pływać na desce. Wśród ludzi panuje bardzo miła, rodzinna atmosfera. Widać, że wszyscy się znają, bo już planują wspólną imprezę na wieczór.

Aut jest sporo. Na oko mniej więcej 70-80. Wśród nowszych GP, JCW i Cooperów szybko dostrzegam starsze, kultowe MINIacze sprzeda lat, które w dużej ilości przyjechały na lawetach. Szybkie oględziny i krótki wywiad z właścicielami, po którym okazuje się, że wiele aut to wyczynowe wydmuszki, posadzone na agresywnym slicku, a do tego niektóre mają mocno zmodyfikowane silniki. Tutaj 100, zaraz obok 140KM na kompresorze i teoretycznie wrażenia to to nie robi. Ale zaraz zaraz. „Ile to waży kolego?” Pytam z zaciekawieniem. „No z 700kg będzie” – dostaję odpowiedź z uśmiechem. Szybka kalkulacja i mam. To mniej więcej odpowiednik zwykłego samochodu o masie 1400KG i mocy 280KM. To oznacza tylko, że właśnie wszedłem do ringu w rękawicach bokserskich i patrzę w oczy oponenta, który dzierży w dłoniach AK-47. Trzeba więc spiąć 4 litery, wykrzesać ogień i nie ma zmiłuj. Już się domyślam, co te maluchy będą wyczyniać na torze.

Kawałek dalej dostrzegam żółtego „klasyka” z czeskim nazwiskiem na tylnej, bocznej szybce. Głośniejszy niż wszystkie pozostałe MINIacze razem wzięte, sprawia wrażenie jakby miał tu za moment wszystkich anihilować. Zmodyfikowane jest wszystko. Czeski właściciel nie jest nawet w stanie powiedzieć ile to ma mocy, ale wystarczy popatrzeć chwilę później jak porusza się po torze i od razu widać, że to inna liga. Nawet nie wiem jakie kręcił czasy. Nawet nie chcę wiedzieć. Kosior.

Powoli zaczynamy robić pierwsze kółka. Formuła eventu jest o tyle dobra, że poza podziałem na grupy panuje wolna amerykanka. Wpuszczają Cię na tor, machają flagą, mierzą czas i jedziesz. Nie ogranicza Cię żaden pilot nadający tempo. Nie ograniczają Cię inni uczestnicy, których nie masz prawa wyprzedzić, czyli tak jak lubię. This is Sparta Man!

Tor jest wymagający. W normalnym setupie ma 3636m długości. Dwie długie proste zakończone ostrymi zakrętami dają straszny wycisk hamulcom. Opony mimo równej jak stół nawierzchni też nie mają tu lekko. Muszą zmierzyć się z dużymi prędkościami i podołać częstej podsterowności. Ku uciesze wozów skrócili nam najdłuższą prostą mniej więcej o połowę, a to oznaczało większą ulgę dla układu hamulcowego i opon. I tak musiałem dohamowywać ostro ze 160 może 170 km/h do ostrego prawego na najdłuższej prostej. Mimo, że zrobiłem kilkadziesiąt okrążeń muszę przyznać szczerze, że nadal nie wiem czy jechałem dobrą kreską. Niektóre kombinacje zakrętów są ciężkie do rozszyfrowania, a inne atakowałem nieco za szybko, co najczęściej skutkowało wyjeżdżającym przodem. Cooper S czuł się na torze bardzo dobrze. Skręcał dokładnie tam, gdzie chcesz o ile nie przeciążyłem opon. Układ kierowniczy przekazywał informacje wystarczająco szybko. Jako pierwsze poddawały się gumy, którym w tych ekstremalnych warunkach brakowało jednak „kleju”. Zawieszenie pracowało z gracją i ciężko było wytrącić wóz z równowagi. Zdarzyło mi się złapać boka podczas wyprzedzania na dohamowaniu, gdy kierowca klasyka nie zauważył mnie w lusterku i zepchnął na pobocze. Mam to na onboardzie, ale klnę jak szewc, więc wstyd pokazywać. Poza tym poszło gładko, jak po sznurku.

Najwięcej dałbym jednak za wymianę skrzyni na manualną. AT sprawdziła się świetnie na autostradach i wystarczająco dobrze na drogach klasy B. Na torze zabrakło jej niestety IQ, a komunikacja odbywała się za wolno. Poza tym samochód prowadził się świetnie i dowiózł mnie trzecie miejsce w klasie. Pierwsze trzy miejsca dzieliło raptem 0,4s przy czasie okrążenia ponad 2min.

Trackday z MINI to fantastyczna zabawa i kolejne nowe doświadczenie na mojej liście. Fajnie popatrzeć jak marka potrafi łączyć ludzi i budować między nimi silne relacje. A Cooper S Seven? Seven spisał się dosłownie na medal.

Tekst: Grzegorz Ciźla

Zdjęcia: Grzegorz Ciźla

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here