Czwartek koło południa… Podwarszawskie Janki nie miały tego dnia spokoju. 20 cylindrów, prawie 900 koni i 2 „hucuły” na maskach, czyli 2 Ferrari: jedno: subtelne, grafitowo-srebrne, drugie: wulgarne, bezczelnie czerwone. Tomek w tym pierwszym 2x większym, 3x nowszym, 4x wygodniejszym i chyba łatwiejszym w prowadzeniu. CIźla w tym głośniejszym, mniejszym i wściekle rozjuszonym. O zgrozo! Toż to jakiś hardkor nie samochód – pomyślałem wysiadając zza kierownicy 348 Challenge. Myślałem, że Gallardo SE jest bezkompromisowe w użytkowaniu w dni powszednie ale 20sto letniemu Ferrari bliżej do wyścigowego Porsche GT3 Cup jeżeli chodzi o wygodę. Samochodowe BDSM – o tak bym to określił. Tyle, że Challenge jest Panią, a Ty jesteś niewolnikiem podpiętym pod nieduży skórzany, kubełkowy fotel ciasnymi cztero punktowymi pasami szelkowymi. Jeden niewłaściwy ruch, czy słowo i czeka Cię bolesna chłosta, Bo to auto nie wybacza nawet najmniejszych idiotyzmów. Co jak co Challenge Accepted!

Test drive Ferrari 348 Challenge

No ale… niechaj zacznę po dżentelmeńśku od początku. Ferrari, które widzicie już kiedyś pojawiło się kartkach tego bloga. Jeździł nim bowiem kilka miesięcy temu mój serdeczny kolega Janusz Ellert i wysypał z kieszeni swoje kilka groszy na jego czerwony temat. Nie byłbym sobą gdybym sam nie sprawdził – co też uczyniłem. Pomysł to był i dobry – gorzej z wykonaniem, bo tak jak uważnie
czytałem opinię Janusza tak zapomniałem, że ten hardkorowiec nie ma niczego co ułatwia życie kierowcy. Pogoda piękna, bo najcieplejszy dzień w roku a ja dostaję do ręki Old Skulowy – składany na dwa, kluczyk do czerwonego Ferrari. Ferrari, które powstało za czasów Orzechowych Starfoodsów ze sklepiku szkolnego zagryzionych chrupiącym Kuku Ruku i przeżutych szatańsko twardą gumą Turtles. Co wtedy piłem? Pewnie „oranżadę” w worku foliowym nakłuwaną rurką. Smaczne początki lat 90tych. I co ja widzę? W sumie to przed sobą nic nie widzę. Gdy spuszczę wzrok dopiero coś się wyłania. Coś co sięga mi niespełna trochę ponad siusiaka i z każdej strony wyposażone jest w charakterystyczne żaluzje: na światłach, w drzwiach, na tylnej klapie silnika, no praktycznie wszędzie. Gdybym miał tego dnia na oku tzw. „shutter shades” pewnie bym się lepiej wpasował. Kolor auta mimo, że ma 20 lat jest po prostu obłędny. Tak intensywnej barwy nie widziałem chyba nawet na żadnej kobiecie. Pewnie powiecie, że mało widziałem i faktycznie będziecie mieć rację, bo już po kilku minutach jazdy pot ściekał mi do oczu, jak po 30 min treningu.

Test drive Ferrari 348 Challenge_1

Do 348 się nie wsiada – je się ubiera. Takie jest przynajmniej wrażenie. W środku tego kompaktowego agresora – całkowicie analogowo i old skulowo. Pomarańczowe liczniki z obrotomierzem wyskalowanym do bagatela 10 000 rpm,, mała wyścigowa, pokryta czymś przyczepnym kierownica, która trochę zasłania zegary, konsola centralna z guzikami przypominającymi z wyglądu bit maszynę ( każdy kwadratowy – na jednym jest nawet kłamliwy napis AC). Do tego wszystkiego klatka bezpieczeństwa (roll bar) pomiędzy mną a silnikiem. Zastanawiam się później: Jaki magik byłby w stanie wydachować tego czerwonego naleśnika?. Trzysta Czterdziestka ósemka zaparkowana koło nowego Jaguara XJ sięga mu do pasa, czyli linii szyb. Zresztą podczas jazdy nie wiem nawet jakie są reakcje ludzi na to auto. Widzę przez otwarte na maksa szyby przetłoczenia na cudzych drzwiach no i może jak trochę się wychylę to i klamkę zobaczę. Zanim ruszę rozglądam się jeszcze po wnętrzu i widzę coś o czym pisałem kilka miesięcy temu. Manualna skrzynia 5-cio biegowa typu open-gate. Wygląda niesamowicie, ale chyba nie chce żebym się nią zajął, bo aluminiowy badyl jest tak nagrzany od słońca, że nie da się go nawet dotknąć. Mówiąc dosłownie: parzy jak wuj. Zastanawiam się jeszcze tylko jak pójdzie z obsługą i kiedy usłyszę pierwsze – magiczne Click-Clack. Ruszam zatem pokornie…

Test drive Ferrari 348 Challenge_4

Jak to słusznie powiedział Tomek – z 348 jest jak na siłce. Tyle, że zamiast martwego ciągu, czy wyciskania w skosie walczymy z cholernie ciężko chodzącymi pedałami sprzęgła i hamulca, kierownicą, a nawet klamkami do otwierania drzwi. Baaa… zmiana biegu to też wysiłek tym bardziej, że nie jest to wcale takie oczywiste. Jedynkę wrzucamy w lewo i do dołu, czyli tam gdzie zwykle w naszych, cywilizowanych autach mieszka sobie dwójka. Co jak co towarzyszy tej czynności jeden z najbardziej obłędnych dźwięków jakie kiedykolwiek słyszałem ( no może poza didgeridoo). Dwójkę tam gdzie „nasza” trójka staram się wrzucić czasem kilka razy – ale tak to podobno jest w 348 – trzeba czasem pokombinować. Zresztą zmiana biegów zajmuje mi wieki, bo przechodzę delikatnie przez N i dopiero potem próbuję wjechać skutecznie badylem w pożądaną lukę. Okazuje się potem, że to nie jest miejsce na uprzejmości. O wiele lepiej wychodzi siłowo, trochę na chama. Wszystko to w towarzystwie dźwięku wściekłej V ósemki produkującej 320 koni ( na dzisiejsze to pewnie z 600 jeżeli chodzi o odczucia) i drącej mordę ochoczo gdzieś aż po 8000 obrotów – Bajdocja!. Gdyby Conan Barbarzyńca nie jeździł konno – widziałbym go chyba w 348 Challenge – jeżeli, by się tam zmieścił rzecz jasna.

Test drive Ferrari 348 Challenge_7

Silnik umieszczony jest tak jak lubię – centralnie. Napęd na tylne koła – czyli klasyczny układ MR. Przypomina mi się ostatni samochód jakim miałem okazję pojeździć w tym układzie – nowy Porsche Cayman/Boxter S. Poza layoutem te auta nie mają jednak ze sobą nic wspólnego. Okazuje się, że 348 to wredne stworzenie, które tylko czeka żeby Cię pogryźć, przemielić, połknąć i zjeść. Próba wrzucenia go w poślizg nie kończy się tak jak bym chciał, bo ledwo zdążyłęm z kontrą. Wszystko za mocno, za szybko, za agresywnie. Dużo ostrzej niż się spodziewałem i więcej już nie próbowałem. Co ja się będę pchał bez wystarczających umiejętności i obycia z samochodem do takich durnych zabaw. Jazda na pełnej przyczepności pozostaje jednak niezapomniana. Reakcje samochodu na skręty, ciężkie wysprzęglanie, manualne zmiany biegów i całokształt przeżyć jakim poddany zostaje kierowca pozostaną ze mną na długo. Analog to analog – ma duszę i ma oczekiwania. Pytanie tylko, czy lubicie hardkor i potraficie im sprostać?

Najśmieszniejsze jest to, że wsiadam po tych kilku godzinach do zwykłego Mercedesa C klasy w manualu i lewa noga wpada mi 2 razy w podłogę przy próbie zmiany biegów a ręce przy pierwszym skręcie zaplatam praktycznie w warkocz. Damn! Dlaczego to wszystko tak lekko chodzi?. Chyba Merc mi się popsuł od upału!

Tymczasem zrobiłem kilka zdjęć więc jak zwykle zapraszam do oglądnięcia.

Wesołych Świąt!

gc

Poprzedni artykułTest drive Aston Martin Rapide S
Następny artykułTest drive Nissan GT-R 2013

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj