Desperacko chciałbym pokochać najnowszego GT-Ra ale obawiam się, że nie jest to możliwe. Z pogromcą supercarów jest trochę jak z piękną koleżanką z towarzystwa, taką, która nawet Wam się podoba, bo przecież ma szlachetne rysy twarzy, długie falujące włosy, duże bystre oczy… jest przy tym dobrze ubrana, dobrze wychowana i to właśnie od niej spisywalibyście lekcje kilka lat temu, bo zawsze dobrze się uczyła. Jest poukładana, pracuje w korpo i ma nienaganny styl. Starszyzna plemienna brałaby ją garściami. Teoretycznie jest ideałem. Praktycznie ma jednak kilka wad. Przede wszystkim nie ma w sobie za grosz seksapilu, włosy ma ładne ale wiecznie spięte przez co nigdy nie nawija ich na wskazujący palec, często chodzi w żakiecie, na imprezach nie pije i nie tańczy i jest w całej swojej osobie niestety trochę nudna, oschła, oziębła. Patrząc po nienaturalnie wydętych ustach stwierdzasz, że jest też lekko plastikowa.

Może za mało spędziliśmy ze sobą czasu, może to nie były te okoliczności (ulica publiczna nie tor) ale nie zaiskrzyło między mną a najszybszym Nissanem. No cóż… bywa i tak. To nie są już czasy Skyline’a: R32, R33, czy R34, gdzie od samego patrzenia człowiekowi pociły się pachy z podniecenia i zastanawiał się, czemu szanse żeby spotkać go na polskich ulicach są bliskie zeru. Nie zmienia to faktu, że można się z Gie Te Erem zaprzyjaźnić. Może nawet więcej, bo przecież jest ich na naszych drogach całkiem sporo. Z której strony bym jednak na niego nie patrzył nie powala wyglądem, wnętrze jest do bólu plastikowe, a za kierownicą siedzi się trochę jak w Micrze mojej kochanej mamy – wysoko. Miejsca w środku jest relatywnie dużo. Zmieścił się za mną Pan fotograf, który miał podobno 183cm wzrostu, zmieścił się Pan z Nissana Zaborowski, zmieściłem się ja – to już coś. Oprócz tego mamy do dyspozycji całkiem „spory” bagażnik – jak znalazł na daily drivera. Idąc dalej w najłagodniejszym trybie zawieszenia i skrzyni stwierdzam, że to całkiem wygodne auto. Dodajcie do tego napęd na 4 koła i w zasadzie można nim śmigać przez cały, okrągły, polski rok. OK – dość przynudzania, bo aspekty praktyczne najmniej mnie i pewnie Was w przypadku takich aut interesują. Skupię się zatem na tym jak to jeździ, bo przecież nie na darmo nadano mu ksywę: „ supercar slayer”.

Biorąc pod uwagę choćby cyferki „R35” prezentuje się imponująco. Pod prawym pedałem znajdziemy kranik do odkręcenia 550 koni osiąganych przy 6400rpm. Dodajcie do tego 628 Niutków w zakresie 3200-5800rpm i sprytny napęd na 4 łapy. Cyferki to jedno, pytanie jakie mają rzeczywiste przełożenie na osiągi? W GT-Rze mają i to potężne. Toshio Suzuki wykręcił nim 7:19:100 na Nordschleife (*9s lepiej od Ferrari 458 Italii, 9s lepiej od Wahltera Rohla w Porsche Carrerze GT, czy 6s lepiej od Lambo Aventadora) baa nawet od hiper szybkiej Zondy F Clubsport jest szybszy o około 5s) jeżeli moje źródło nie kłamie. Dodatkowo przyspieszenie do stówy poniżej 3 sekund. Poniżej 3 sekund! Wyobrażacie to sobie? Ja do tej pory sobie nie wyobrażałem… Myślałem, że 450 konna Impreza GT z ALSem serdecznego kolegi była nadpobudliwa ze świateł ale R35 to jednak zupełnie inna liga. Start nawet bez procedury jest oszałamiający, błyskawiczny i bez porównania z jakimkolwiek samochodem, z którym miałem do tej pory do czynienia. Siła z jaką wciska Cię w fotel jest potężna i co ciekawe ta chwila trwa, trwa i trwa, bo skrzynia biegów działa wyśmienicie a moc czuć w zasadzie przy każdej możliwej prędkości. Sześciobiegowy, dwusprzęgłowy półautomat nie ma nawet chwilowego zawahania w kwestii zmiany biegu na wyższy . Jest po prostu świetny – szybki ale nie agresywny. W zakrętach to auto nie pozostawia złudzeń. Poziom przyczepności jest abstrakcyjnie wysoki. Wszystko w neutralnym tonie. Nie pruje przodem, nie macha ogonem ( chyba, że sprowokowany), mimo swojej dużej masy trzyma się jak wygłodniała pijawa dobrze umięśnionego udźca. Wydaje się, że zaraz wyfruniemy gdzieś w siną w dal, a tu nic…wszystko jak po sznurku i to z dużym zapasem. W międzyczasie na centralnym wyświetlaczu pojawia się sterta informacji na temat przeciążeń, napędu, spalania ale kto ma w ogóle czas na to patrzeć? Trzeba skupić się na jeździe, bo przecież to jedno z najszybszych seryjnych aut jakie można sobie sprawić.

Podczas całego procesu „upalania” ostatnie czego brakuje GT-R-owi to moc. Brakuje natomiast dźwięku, brakuje jakości wnętrza, brakuje polotu i czynnika X, który sprawia, że wysiadając z auta obracam się na pięcie i nie mogę uwierzyć w to co przed chwilą mnie spotkało.
Za GT-Ra trzeba zapłacić niecałe pół miliona złotych (cena wzrosła o około 100 000 od kiedy się u nas pojawił). Co za to dostaniemy? Szatana do killowania Ferrari 458 Italii, McLarena MP4-12C, czy Lambo Gallardo LP 560-4 – czyt. praktycznie wszystkiego co się rusza. Do tego pojeździmy nim cały rok i pokażemy trójce znajomych na raz co to znaczy przyspieszać w 3s do setki. Jeżeli nie dbacie jednak o cyferki, a radość z jazdy, zmysłowość i szczyptę polotu, to tego w pakiecie nie przewidziano. A szkoda, bo liczyłem na wiele, wiele więcej.
Amen.
gc
*Chciałem bardzo podziękować Marcinowi Końskiemu z Redline MotoBlog i Nissanowi Zaborowski za przygotowanie auta.
























