Już sama obecność Lambo sprawia, że człowiek czuje się inaczej. Zmieniają się procesy myślenia, a raczej myślenie odchodzi na dalszy plan, rośnie tętno, czuć przypływ adrenaliny i nieokreślonych pozytywnych emocji – jak za dzieciaka!. Nie mrugam nawet oczami, bo po co tracić na to czas…no dobrze jak już mi wyschły i bolały to mrugnąłem sobie od czasu do czasu – przyznam się. Kiszki wewnątrz organizmu skręcają się ze szczęścia na myśl, że nie tylko popatrzę na ten samochód ale wsiądę do niego, odpalę wściekłe 10 cylindrów i zobaczę z czym to się je. „Samochód” to w sumie nie jest odpowiednie słowo. Samochodem mógłbym nazwać Porsche, Mercedesa, czy BMW. Lambo to zjawisko, coś na kształt zorzy polarnej, którego powinien zaznać każdy, kto ma w sobie człowieka.

Auto w zielonym kolorze prezentuje się fenomenalnie. Jest niskie, jest krótkie (krótsze od Porsche 911) i przysadziste, takie w sumie kompaktowe. Z zewnątrz wygląda wręcz wulgarnie… podniecająco wulgarnie. W oczy rzucają się karbonowe elementy zewnętrza (niestandardowe) i dodatkowy spoiler, który nie burzy charakteru Lambo, a tylko go wyostrza. Popatrzcie na niego i pomyślcie, że ta sylwetka ma za sobą 10 lat. Wierzycie? No właśnie, ja też nie wierzę. Nadal wygląda rześko, nadal obraca wszystkie głowy, nadal jest nie mniej pożądana niż aniołek z Victoria Secret. To już ja nawet dostałem zmarszczek przy oczach i pierwszych siwych włosów, a Lambo wygląda jak nowe….
Wsiadam sobie do środka i co ja patrzę…wszystko obszyte w alcantarze, ciekawa konsola centralna pełna przełączników, spłaszczona u dołu kierownica. Spójrzcie w lusterko boczne a zobaczycie szerokie, zielone biodra z wlotami powietrza. Analogowy prędkościomierz zaprasza w okolice 340 km/h… Matko z córką – myślę sobie… siedzę w supercarze!. W fotelu czuję się wygodnie, choć jest sztywno. Brak „pogrzebacza” w przestrzeni między mną a pasażerem sugeruje, że mam do czynienia z pół-automatem czyli lambowskim – 6ścio biegowym- E-gear. Auto odpalam klasycznie z kluczyka i pojawia się to co lubię. Zanim zaskoczy, mija dobra chwila. Przychodzi do mnie piękne i zarazem dziwne wrażenie jakby nie chciał zapalić. Tym sposobem wydaje Ci się, że każde odpalenie silnika to nagroda, którą dostajesz za posiadanie tego potwora. No właśnie, gdzie jest wsteczny? Okazuje się, że nie uruchamia się go z łopatek a z oddzielnego guzika z oznaczeniem R z lewej strony kierownicy. No dobra…znalazłem…uff…dam sobie radę.

Gallardo waży około 1500kg przy mocy 520koni, co oznacza, że zapowiada się dobra zabawa.10-cio cylindrowy silnik umieszczony centralnie za plecami z cylindrami pracującymi pod kontem 90ciu stopni sprawia, że środek ciężkości znajduje się najniżej jak to tylko racjonalnie możliwe. Dodajcie do tego napęd na 4 koła, a otrzymacie maszynę do produkcji ultra-pozytywnych emocji. W normalnych warunkach 70% mocy dostarczane jest na tylne, potężne 19sto calowe koła. W razie potrzeby 50% napędu przekazywane zostaje na przednią oś. Samo-regulujące zawieszenie trzyma w zakrętach niczym pijawka przyssana do czoła, natomiast ośmio- tłoczkowe hamulce Brembo zadbają o to, żebyśmy „nie przywitali się zbyt wcześnie z gąską”. Lambo nie przechyla się, nie nurkuje, jest kompletnie neutralne.

Co ciekawe Gallardo jest na tyle brutalne, że powolne manewrowanie, czy nawet samo ruszanie z miejsca nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Układ kierowniczy działa z dużym, cudownym oporem. Przypomina mi się jak wujek sadzał mnie kiedyś na 360tkę Ursusa i kazał, ku mojej radości zwozić siano. Ledwo kręciłem wtedy kierownicą a żeby wcisnąć sprzęgło zapierałem się o nią i stawałem na pedale całą masą swojego ciała. Oczywiście w traktorze miałem do czynienia z rozklekotanym sterem a nie kierownicą. Siłę jednak trzeba włożyć i tu i tu. Tutaj dzięki oporom feedback dla kierowcy jest po prostu świetny. Sprzęgło? W tej wersji Lambo sprzęgła nie uraczycie natomiast ogólne wrażenie zmieniając biegi łopatkami przy kierownicy jest bardzo brutalne. W trybie sportowym przy zmianie biegów ciężko mówić o płynnej jeździe. Przy każdej zmianie biegu czuję się jakbym dzierżył w dłoniach szot gana – telepie mną jak kiedyś w Krakowie na strzelnicy. Najlepsze jest to, że to telepanie jest cholernie przyjemne. Każda redukcja to z kolei wspaniały, automatyczny międzygaz wyrównujący obroty. Z wydechu słychać w międzyczasie rozkoszne strzały, wybuchy i trzaski. Nie mogło być lepiej…

Lambo jest cudownie toporne, uzależniająco niewygodne i brutalne. Skrzynia działa relatywnie wolno w porównaniu do obecnych, mega nowoczesnych skrzyń (np. PDK z Porsche), nie przeszkadza to jednak w odczuwaniu totalnej ekstazy podczas jazdy tym autem. Już sam dźwięk 520 konnej V dziesiątki sprawia, że za każdym razem wskazówkę obrotomierza zabieram w podróż w okolice 8000 obrotów. Co do samej mocy, przychodzi liniowo. Auto przyspiesza praktycznie tak samo od 0 do 100 jak i od 100 do 200. Coś pięknego! Gang silnika podczas przyspieszenia penetruje dosłownie całą tapicerkę i ciało, nie tylko moje, czy pasażera ale także wszystkich znajdujących się w przestrzeni kilkudziesięciu metrów przechodniów. Radom (bo w tych okolicach jeździliśmy) nie miał tego dnia spokoju. Przepraszam z góry jeżeli czyjś pies czy kot padł tego dnia na zawał serca. Moje kondolencje.
Podsumowując Gallardo zagina czasoprzestrzeń. Każdy zwolni, zatrzyma się żeby tylko na nie spojrzeć, posłuchać, dotknąć, zakosztować jakimkolwiek zmysłem. Jak to powiedział kiedyś fajnie Martin Brundle „That’s the great thing about the supercars, it’s not just a thrill of driving it, it’s also the pleasure you give to others”. Mam zatem nadzieję, że te kilka zdjęć da Wam dziś choć trochę przyjemności.
Miłego dnia,
gc

























Gallardo to najlepsze auto jakim mogłem jechać, dokładie tym samym egzeplarzem 😉